|
poniedziałek, 23 listopada 2009
piątek, 20 listopada 2009
Tak to w Poznaniu bywało (przed startem):
A na zdjęciu po prawej: Nowaczykowie czujni zwarci i gotowi (tym razem en face: Adam - pierwszy z lewej, Dorota - druga z prawej) wraz z Agnieszką (nr 2005) i Rafałem Przyszlakami (pierwszy z lewej) oraz Anią Pwałowską-Pojawą, ambasadorem Polska Biega (nr 2003). Czy widać napięcie przedstartowe? W "firmowych" PolskoBiegowych pelerynkach: Piotrek Sobiechowski z mamą - Bożenką Knorps-Sobeichowską. Bożena podobno była mocno zestresowana - po minie tego nie widać! :)
poniedziałek, 16 listopada 2009
Ola Przybylska, dziennikarka poznańskiej redakcji "Wyborczej", była 1/8 "Gazetowej drużyny AD 2008". Do maratońskiego debiutu przygotował ją w 13 tygodnie Wojtek Staszewski. Ola wbiegła na metę prosto w moje ramiona zarzekając się, że nigdy więcej już w marartonie nie pobiegnie. "Nigdy!, słyszysz? Nigdy!!!" Kobieta zmienną jest. A w przyszłym roku jak będzie, Olu?
piątek, 13 listopada 2009
Pamiętacie opowieść Wojtka Staszewskiego o zeszłorocznych maratończykach, którzy w ramach akcji POLSKA BIEGA przygotowali się do 9. Maratonu poznańskiego w trzy miesiące? Życie dopisało epilog: Ola, Grzesiek i Przemek wystartowali w 10. Poznań Maratonie, Alena przyjechała specjalnie z Wrocławia, żeby pokibicować, a Joasia pobiegła w XXVII Ogólnopolskim Biegu Przemysła dzień przed maratonem. Magda, Andrzej i Bogdan zaliczyli w tym roku maratony w innych miastach. Nikt z drużyny nie przestał biegać :))) Czerwiec 2009, Polska Biega, nasi też. Alena wiosną wróciła do biegania, ale dopadają ją ciągle kontuzje. Grzegorz zaczął miesiąc temu, chce wystartować w Warszawie albo Poznaniu: - Teraz już nie tylko dobiec, ale naprawdę przebiec. Magda właśnie trenuje na Helu, zapisała się na maraton we Florencji 29 listopada. Z Andrzejem i Bogdanem widzieliśmy się w kwietniu na upalnym maratonie w Krakowie. Ola jest w grupce 11 dziennikarzy „Gazety” z Poznania, którzy przygotowują się do poznańskiego maratonu z Klubem Biegacza „Maniac”. Przemek też chce w nim pobiec, w hołdzie dla zmarłego właśnie twórcy biegu - wiceprezydenta Macieja Frankiewicza; właśnie poprosił mnie o plan treningowy. Joanna również pobiegnie w Poznaniu, chociaż jest teraz bardzo zajęta. Założyła własny salon kosmetyczny w centrum Poznania, na honorowym miejscu wisi medal z maratonu i numer startowy 44, wszyscy klienci dopytują, co to. Cały czas pisze się historia drużyny PARA NA MARATON'2009. Niedługo więcej o nich.
czwartek, 22 października 2009
Witaj drużyno! Era pomaratońska ciągle trwa. Przez kilka dni odczuwaliśmy totalną pustkę - nie mieliśmy przecież w planach treningowych nic o tym, co robić "po". Czegoś brakowało, poszłoby się na ścieżkę, ale nie było i sił, i ochoty (nie wspominając o pogodzie), i Bóg wie czego jeszcze. Na szczęście życie nie znosi próżni, a nasze organizmy zastoju. Nie ma więc z naszej strony mowy o nicnierobieniu. Mijający powoli tydzień to powrót na trasy. Dorota planuje trzy, w porywach cztery treningi. Widzę, że wraca jej chęć do biegania. Ja z kolei połknąłem kilka tłustych pigułek wiedzy z książek Jerzego Skarżyńskiego :-) No i latam po okolicznych lasach... Najważniejsze, że mamy cele - realistyczne. Dorota postanowiła, że do kwietnie będzie ważyć 51 kg i pokona nasz lokalny Bieg Papieski poniżej godziny i 24 minut (dystans 15 km). Ja - waga do kwietnia 66 kg i czas około 4 godz. (plus minus 3 min.) w jakimś przyszłorocznym wiosennym maratonie. No i jest plan, by spotkać się z ekipą Polska Biega gdzieś na starcie... To do zobaczenia. D i A
wtorek, 13 października 2009
Witam wszystkich serdecznie Mam nadzieję, że pamiętacie nas jeszcze.To ja, Bożena, gaduła drużynowa i moja podpora duchowa, syn Piotrek.Przedstawiamy się ponownie, ponieważ weszliśmy w nową erę, tzw. "Po Maratonie"/ PM/, i żeby nie było wątpliwości, że zmieniły się tożsamości, potwierdzam fakt, że w tej materii "PM" na szczęście nie przyczynił się do takiej rewolucji. Wczoraj musiałam wyjechać. Może i dobrze, bo moja pracownica stwierdziła, że jestem jakaś spokojna i byłoby lepiej, żebym była sobą.Nie wiem co to znaczyło, ale wolałam zniknąć z pola widzenia i nie razić nikogo swoją innością, skoro takowa wystąpiła. Dzisiaj rano, myjąc naczynia,wpadły mi w ręce słoiczki.Męczyłam się z nimi, były pozasychane od makaronu i wtedy uprzytomniłam sobie, że to przecież pozostałość sprzed trzech dni.Wróciły wspomnienia.W słoiczkach, jak w szklanej kuli, wirowały migawki z ostatnich kilkudziesięciu godzin.
11.10.09 godz.6.00 Przerażliwy sygnał budzika.Muszę wstać, pomyślałam, ale przecież niedawno się kładłam. Kto kazał mi w niedzielę nastawiać zegar na szóstą rano, chyba zwariowałam.Koło mnie śpi Piotrek.Dlaczego on chrapie w najlepsze, a ja idę odgrzewać swoje makarony? Jeszcze wieczorem czułam się tak wspaniale, żadnych nerwów.Piotrek uświadamiał mnie o spalaniu glikogenów, byłam dumna z siebie, że gromadzę energię, a teraz co? Wszystko idzie na marne.Trzęsę się ze strachu, ręcę z kubkiem kawy drżą, jak u alkoholika.Pokonuję ciągle tą samą trasę-WC- Pokój.Piotr- Wstawaj!, wrzeszczę, prześpisz maraton.
Godz.9.15 rano Wybiegamy z hotelu.Numery przypięte, chipy przy butach, worki w garści.Na miejscu kolejka przy szatniach.Czy zdążymy?- pytam Piotra.Spokojnie, mama, bez nerwów.Wreszcie nasza kolej, rozbieram grube ciuchy, do wora i dalej na Start.Jest zimno.Lubię taką pogodę, ale teraz w krótkich spodenkach i koszulce.....Z daleka widać napis Gazeta Wyborcza.O, Małgosia !!! Nakłada na nas czerwone peleryny.Chyba idziemy na bieg muchomorów, ale ciepło, fajnie...
Krótko przed godz. 10.00 rano Boże, jakie tłumy.Pieciu!- to moje ostatnie słowa do syna, które wygłaszam przed biegiem- uważaj na siebie, nie szalej.Piotr przedziera się do swojej grupy startowej.Za mną Dorota i Adam.Pytają dlaczego nie biegniemy razem.Przecież nie mogę, dla Piotra to wielka walka o dystans, on prowadzi, on motywuje, ja muszę tylko dobiec. Na linii Startu eksplodują sztuczne ognie, pada strzał.Ruszyliśmy!!! W tym miejscu czas rozmazuje się i ustępuje miejsca kilometrom. Jestem już spokojna.Znam trasę, wiem w którym miejscu zrobić przerwę Gallowaya.Biegnę swoim rytmem, który udało mi się zakuć w łepetynie, jest dobrze, przynajmniej narazie.Nastawiam budzik na 35min. Piąty kilometr. Budzik nie dzwoni, chyba jestem za szybko, sprawdzam.W tym momencie ląduję na asfalcie. Przewróciłam się na skórce od banana.Nie jest wesoło.Kolano stłuczone, ale całe szczęście- mogę wstać.To moja pierwsza nauczka, będę bardzo ostrożna przy strefach posiłkowych.Przecież mój pierwszy maraton już mógł się zakończyć ! Chyba ktoś nade mną czuwa. Piąty- dziesiąty kilometr.Nie jest rewelacyjnie.Czuję, że słabnę.Trasa piękna, biegnę koło mojej uczelni, wspomnienia, trochę mi lepiej.Za AWF zaczynam przeżywać kryzys.Okolica beznadziejna, monotonia, nikt nie rozmawia, wreszcie jadłodajnia.Biorę się w garść, mam czas gorszy niż 7min/km, szybki marsz, posiłek bananowy, napoje wzmacniające i w drogę. Piętnasty- dwudziesty kilometr.Cały czas uskuteczniam teatr dziwnych kroków.Zaczęłam prysznicowanie zimną wodą, trochę otrzeżwiałam.Za sobą słyszę gromkie słowa- dokąd tak śpieszno?,ma Pani ładną koszulkę, może się zamienimy?Facet rozbawił mnie, nawet przedstawił się kulturalnie- jestem Stefan- Bożena, odparłam.I jak z tą koszulką?, napierał namolnie.Nic z tego, jest zaczarowana, odpowiedziałam.Z tego wszystkiego zaczęłam przyspieszać, chyba naprawdę zaczęłam bać się o swój ubiór.Na moje przyspieszenie otrzymałam komentarz- O, Pani biegnie na 4.45.Na to zripostował Stefan- poczekaj, jak Pani dojdzie do 30 kilometra, będzie lepsza od Ciebie.Nie wiem, czy tak było, ale Stefan miał coś z proroka Dwudziesty drugi-piąty kilometr.Dzień dobry, jestem prywatnym pacemakerem, słyszę obok siebie.Koło mnie biegł młodzieniec, ok.27lat, przedstawił się, że pomaga grupie znajomych, początkującej młodzieży, pokonać maraton w dobrym czasie.Miał dość ostre tempo, ale dorównywałam.Stwierdziłam, że to też mój pierwszy maraton.Był trochę zdziwiony, gdyż według niego panie w moim wieku biegną już któryś z rzędu maraton.Może załamałabym się po tych słowach, ale w końcu podsumował, że jestem uśmiechnięta i mogę normalnie rozmawiać, więc na pewno ukończę ten maraton. Dwudziesty piąty-trzydziesty kilometr.Zaczęłam się stresować.Znowu zbliżałam się do miejsca, gdzie poprzednio miałam kryzys i na dodatek sytuację pogarszał fakt legendarnego, trzydziestego kilometra.Trzeba działać.Przez myśl przemknęło mi skojarzenie, że w miejscach niesamowitych okrzyków kibiców i przerażliwych bitów muzycznych czułam się bardzo zmotywowana.Zabrałam ze sobą MP3.Do tej pory było niepotrzebne, ale może teraz uchroni mnie przed mega kryzysem, pomyślałam.
Trzydziesty kilometr- META Słuchawki na uszach, muzyka wprowadza w rytm.Po głowie krąży myśl- jeszcze tylko 12kilometrów.Polewanie wodą nabiera charakteru " wielkanocnego wiadra z wodą", taniec dziwnych kroków zmienia rytm- raz samba, raz walc, to rockendroll, to salsa.Już tylko pięć kilometrów, już dwa,śpiewam z radości, już 195 m - sprintuję, muszę dać upust tej walce, chociaż na koniec pokażę, że też potrafię biegać, a nie tylko pokonywać kilometry.Meta- 4 godz.35.Małgosiu, to moje słowa na mecie, trochę boli mnie noga.Synku- widzę Piotra, dobiegłam, krzyczę, chce mi się płakać z radości. Od tego momentu miałam wrażenie, że zamknęła się za mną skrzecząca, stara furtka, a otworzyła nowa brama z napisem- Wygrałaś nowe życie, wykorzystaj je należycie !!! Mój kochany syn nie był wylewny w swych opowieściach.Bardzo bałam się o niego.Dzień przed biegiem czuł się osłabiony.Wyruszył z grupą ludzi pod czas 3godz.30.Swoje pierwsze trzydzieści kilometrów wspomina bez zachwytu.Chyba rozumiem go.Jest przecież w miarę doświadczonym biegaczem, ale z zakresu innych dystansów.Dla niego bieg i rywalizacja rozpoczyna się od linii startu.W maratonie musiał powstrzymywać swoje umiejętności sprinterskie, trzydzieści kilometrów miało dla niego charakter pańszczyżnianego biegu.Wiedział, że nie może stracić, ale nie czuł na tym etapie, ile może zyskać.To tak, jakby konia wyścigowego zaprząc w uprząż i kazać ciągnąć niesamowity ciężar. Piotrek swój blask i radość z biegu odzyskał również po trzydziestym kilometrze.Ja cieszyłam się, że mam jeszcze siły na ostatnie 12km, a on poczuł się jak ryba w wodzie.Teraz mógł szaleć, biec coraz szybszym tempem, finiszować z sobie znaną prędkością.Te ostatnie kilometry dodawały mu energii, czuł się pełnowartościowym biegaczem, rozwinął swoje możliwości i pokazał swoje umiejętności.Dobiegł w 3godz.21min.Stwierdził, że w maratonie miał lepsze czasy, niż druga połowa w półmaratonie.To jego pierwsze doświadczenie na tak długim dystansie.Na pewno wyciągnie wnioski na przyszłość.Podsumował, że oprócz nieprzyjemności w postaci bólu stopy i kolan, długi bieg mniej go wyczerpuje, aniżeli jego dystans 800m. Piotrek skonkludował, że ten rok jest dla niego dziwny.Nie wiem, co kryje się pod tym pojęciem, może kiedyś mi zdradzi. Dla mnie ten rok jest pełen niespodzianek.Określam go mianem "angielskiego", ponieważ pierwszego stycznia wylatywałam z Londynu do Polski, a więc po naszemu- wszystko zaczęło dziać się na opak. Dzisiaj rano złożyłam mapę Poznania, która od miesiąca leżała na stole, przy śniadaniu. Nastawiłam stary zegar, który zatrzymał się po wyjeżdzie na maraton i wracam do prawostronnej normalnośći.Czasami jednak warto przeżyć lewostronne szaleństwo, bo takim mianem określę dziś nasz Wielki Dziesiąty Maraton Poznański, który udało nam się pokonać. Dziękujemy wszystkim, którzy pomagali nam i przyczynili się do szczęśliwego ukończenia przez nas maratonu.Dziękujemy naszemu guru- Wojtkowi, naszej troskliwej redaktor Małgosi, mieszkańcom miasta Poznania, którzy tak fantastycznie kibicowali i wszystkim dobrym duszom, którzy trzymali za nas kciuki . Pozdrawiamy.Bożena i Piotr.
Witajcie Kochani No, powolutku budzimy się w nowej-starej rzeczywistości po niedzielnym biegu. Mięśnie i stawy przestają boleć, umysł wraca do stanu używalności. Jest dobrze :) Pora najwyższa, by podzielić się garścią wrażeń. Zaczynamy więc od soboty. Po spotkaniu w hotelu z Wojtkiem i resztą naszej ekipy, jesteśmy z Dorotą w doskonałych nastrojach. Na Malcie przed Pasta Party dokupujemy biegową garderobę - okazuje się później, że była to trafna decyzja, bo na trasie było jednak dość chłodno. I wracamy szybko do bazy, bo przecież trzeba kibicować naszym Orłom. Niestety, Czesi nie mają litości... przegrywamy 0:2. Po meczu kładziemy się do łóżek, ale sen nie chce przyjść. Oj, powoli zaczyna się przedstartowa gorączka. Rano przy śniadaniu pytam jeszcze Agę i Rafała P. z Rzeszowa czy nie mają przypadkiem jakiegoś pampersa :) Gdy jednak docieramy w niedzielny poranek na Maltę, całe zdenerwowanie ulatuje. Jesteśmy podekscytowani naszym maratońskim debiutem, który ma się rozpocząć lada moment. Na starcie stajemy karnie w pobliżu balonika z napisem 4:30. I zaczynamy odliczanie. Nagle wybuchają sztuczne ognie, w tle płyną dźwięki z "Rydwanów ognia". Atmosfera - jak dla nas - bardzo podniosła. Spoglądam na Dorotę. Widzę, że płacze - nie pierwszy raz tego dnia... Ruszamy. Przed nami biegnie Bożenka z Gazetowej drużyny; wokół morze głów. Cudowny widok, fajnie, że jesteśmy drobną częścią tej biegowej braci. Zaczynamy bardzo powoli. Nasz balonik szybko ginie nam z pola widzenia. Ale nie ma to wielkiego znaczenia. Biegniemy Doroty tempem. To ona jest maratońskim szefem naszego duetu. Po kilku minutach spotykamy Agę i Rafała, którzy gdzieś nam zginęli, gdy przed startem udaliśmy się do "pit stopu"... Biegniemy razem dobrych 20 kilometrów. Przykładnie korzystamy z punktów żywieniowych. Sporo rozmawiamy, a dystans powoli się kurczy. Dorota mówi - "Oby tak do końca. Wtedy będzie super". Na mniej więcej 22-23 kilometrze dosłownie wpadamy na nasze dzieciaki, które przyjechały wraz z dyrektorem Wioski nas dopingować. Robimy sobie zdjęcie i pędzimy dalej. To najszybszy fragment naszego biegu. Zostawiamy w tyle naszych rzeszowskich kolegów. Co chwila bacznie obserwuję Dorotę. I widzę, że zaczyna unosić barki i pochylać się do przodu. To niedobry znak - tak moja żona reaguje na zmęczęnie. Baaaaardzo duże zmęczenie. Po następnych trzech kilometrach musimy niestety przejść do marszu. Już wiem, że zaczyna się prawdziwa walka o przetrwanie na trasie. Za chwilę dołączają do nas Aga i Rafał. Znowu biegniemy razem. - Spokojnie, dacie radę. Powolutku, ale dacie radę - pociesza nas jakiś kibic. Mówię "naszym", że dopingował nas właśnie sam Jerzy Skarżyński, guru polskich maratończyków. To dodaje nam sił. Widzę jednak, że Dorka jest coraz bardziej wyczerpana. Dolna Wilda, a więc około 30 km, jest drogą przez mękę. Droga Dębińska to schody do... piekła. Rzeszowa już nie widzimy, są gdzieś przed nami. Naszym jedynym marzeniem jest już tylko dotarcie do mety. Dorota mówi, że bardzo bolą ją kolana i że chce już do domu. Ma łzy w oczach. Zaczyna kuleć. Pytam, czy chce skorzystać z pomocy masażystów. Nie chce, więc powolutku napieramy przed siebie. Rozbawia nas jeden z kibiców, krzycząc "jest piękna pogoda, wykorzystajcie to". Zastanawiam się głośno, w jaki sposób. Czy zdjąć koszulki i się opalać, czy może poprosić poznaniaków o leżaki, piwko i kiełbasę z grilla ;) Nasza walka trwa. Dorka mówi, że jeszcze nigdy w życiu tak nie cierpiała z powodu bólu kolan. Ciągle do niej mówię, gadam jak najęty - mam nadzieję, że w ten sposób jakoś jej pomagam i zabijam czas. A ten leci jak opętany. Gdzieś w okolicach 40 km Dorota patrzy na zegarek i mówi - "Kurczę, już 10 po trzeciej. Zaraz nas dogoni samochód z napisem KONIEC MARATONU". I sugeruje, żebyśmy lekko "depnęli". No to depczemy - ale jakieś 70 metrów ;) To teraz moja ulubiona anegdota z maratonu, ale wtedy nie było nam do śmiechu. Tuż przed zbiegiem do mety spotykamy czekającego na nas, zziębniętego Wojtka. Biegniemy razem kilkanaście metrów. Dorota pyta, kiedy w końcu będzie koniec. Jeszcze kilka chwil, kroków okupionych totalnym zmęczeniem i w końcu jest. Są i nasze dzieciaki. Wyprzedzam Dorotę i czekam na nią za linią. Wpada na metę i szlocha całą sobą. Z wyczerpania, radości, złości, ulgi - po prawie pięciu i pół godzinie batalii. Przytulam ją i wiem, że jest WIELKA. Dla mnie jest absolutną bohaterką. - Nigdy więcej nie namówisz mnie na coś podobnego - rzuca w moim kierunku, gdy nieco już ochłonęliśmy. Jednak już w poniedziałek wieczorem nie jest tak kategoryczna w swoich osądach. Cóż, magia maratonu działa. Widać, że to tak, jak z tatuażem. Masz jeden - chcesz mieć kolejny. Jeśli chodzi o mnie, to na pewno wystartuję w kolejnych maratonach (o ile zdrowie pozwoli). Strasznie mnie to nakręciło... Na koniec chcemy wszystkim z drużyny podziękować. Spotkanie z Wami to była prawdziwa przyjemność. Będzie co wspominać. Dorota i Adam.
poniedziałek, 12 października 2009
Drużyno! Czy było łatwo, ciężko, radośnie, podniośle, dramatycznie - to już sami wiecie. Napiszcie o tym na blogu, bo wszyscy są ciekawi waszych wrażeń. Na miejscach 3881 i 3886, pod koniec stawki dobiegli Adam i Dorota. Kiedy was zobaczyłem na ul. abp. Baraniaka, zrozumiałem swój błąd: kto biegnie powyżej 4 godzin, będzie trochę szedł, powinien się cieplej ubrać. Będę już wiedział, co mówić debiutantom w przyszłości, a Was przepraszam. Rafała z Agnieszką (3861, 3862) tak samo.
na zdjęciu: Bożenka i Piotr tuż przed startem. fajne mają pelerynki, nie? :)
czwartek, 08 października 2009
Sympatycy Polska Biega! Jeśli macie ochotę, 10 października (sobota) ok. 19.00 na pasta party będzie można się spotkać z Wojtkiem Staszewskim. Porozmawia z Wami, doradzi, uspokoi. Tych, którzy chcą spotkać się z wojtkiem staszewskim jeszcze rano przed startem, zapraszamy w okolice szatni dla zawodników (czyli nad samym Jeziorem Maltańskim). Będziemy tam kwadrans po 9. Będzie można zrobić rozgrzewkę z Wojtkiem, bardzo możliwe, że będzie nam towarzyszyć Beata Sadowska z TVP 2. Wszystkie szczegóły dotyczące maratonu znajdziecie na http://www.marathon.poznan.pl/ Powodzenia, maratończycy!
środa, 07 października 2009
Pamiętacie opowieśc o zeszłorocznej GAZETOWEJ DRUŻYNIE? Doszliśmy do końca września. Czas na.... MARATON
O tym, co działo sie z Aleną, Joasią, Magdą, Olą, Andrzejem, Bogdanem, Grześkiem i Przemkiem po zeszłorocznym Poznań Maratonie, juz za kilka dni. Na zdjęciu: tuż przed startem 9. POznań Maratonu. Od lewej: Małgorzata Smolińska z GW (vel smoła), Andrzej Chrzanowski i Bogdan Dudzik z GAZETOWEJ DRUŻYNY, Robert Korzeniowski i Kamil Dąbrowa z Radia TOK FM |